Kilka słów o przeszłości

wspomnienia

Rutyna zabija powoli każdego dnia. Dlatego tym razem postanowiłem otworzyć drzwi do klatki kluczykiem, a nie jak zwykle kodem. Nie ominąłem żadnego schodka, chociaż zazwyczaj skaczę co najmniej o dwa, a nawet sprawdziłem skrzynkę co można uznać za święto narodowe. Odwróciłem się w stronę mieszkania, miałem nacisnąć na klamkę, gdyby nie fakt, że drzwi były już lekko uchylone. – No pięknie – pomyślałem. Pewnie skroili mi całą chatę.

Sytuację takie jak ta przeżyłem już setki razy, przecież każdy szanujący się thriller ma taką scenę w scenariuszu. Wiesz co masz robić – dodałem sobie otuchy.  Pchnąłem lekko drzwi i ostrożnie wszedłem do środka. Sprawdziłem kuchnię, łazienkę, pokoje, a nawet dla pewności szafę. Nikogo nie było. Kamień spadł mi z serca.  Co więcej po pierwszych oględzinach zauważyłem, że wszystko jest na swoim miejscu, co jeszcze bardziej wzbudziło moją nieufność. Przywdziałem kapelusz Sherlocka i rozpocząłem śledztwo. Uzbrojony w najwyższej klasy sprzęt detektywistyczny (czyt. białe rękawiczki) sprawdziłem każdy fragment mieszkania, ale nie znalazłem niczego oprócz kurzu, włosów i okruszków na podłodze. Stanąłem na środku mojego salonu (dobra, przesadziłem). Stanąłem na środku mojego pokoiku i dokładnie się rozejrzałem. Na biurku wszystko wydawało się na swoim miejscu. Wizytówki obok książek, notatki i wolne kartki w artystycznym nieładzie na całej powierzchni blatu, zeszyt też tam, gdzie go zostawiłem. Kubek natomiast zdecydowanie nie stał tam, gdzie teraz. Przyjrzałem się temu bliżej. Po zapoznaniu się z materiałem dowodowym stwierdziłem, że to Naira musiała maczać w tym palce (moje przypuszczenia potwierdziła zmniejszona ilość saszetek czekolady w kuchni). Rozwiązanie sprawy było jedno: ktoś z nas zapomniał zamknąć drzwi.
Stałem tak przez chwile. Z zadumy wyrwał mnie Quechua – plecak górski, który nie wiadomo skąd wleciał na mnie z ogromnym impetem…

Otrząsnąłem się z szoku. Wstałem i w drzwiach ujrzałem Vuko. Ten zobaczywszy, że przyciągnął moją uwagę wydusił z siebie szybko – Ubieraj się. Wychodzimy, misja jest – i zniknął tak nagle, jak się pojawił.

Jak zwykle asertywny – stęknąłem zrezygnowany. Spakowałem się, nie bardzo wiedząc na jakiego rodzaju wyprawę zaciągnął mnie mój serdeczny przyjaciel, a pół godziny później staliśmy na dworcu PKS.

Zajęliśmy wykupione miejsca, kierowca odpalił silnik i po chwili jechaliśmy. Mój towarzysz podróży nie ściągał ręki z ochronnego amuletu. Nie miał za grosz zaufania do współczesnych środków transportu. Zawsze powtarzał, że koń już jest trudny do prowadzenia, a co dopiero taki gigant.

– do Łodzi i tak się nie wydarzy nic ciekawego – zafilozofował. – Ułożył się wygodnie w fotelu i zamknął powieki. – Też powinieneś się zdrzemnąć. Będziesz mi potrzebny w trakcie misji. – Pouczył mnie na dobranoc i zasnął.

Przymknąłem powieki dla świętego spokoju i poczekałem, aż zaśnie. Dwa chrapnięcia i świst, dwa chrapnięcia i świst – śpi jak kamień. Otworzyłem szybko laptopa, by wykorzystać wyjątkową sytuację na przedstawienie wam mojego punktu widzenia. Niestety nie pamiętam naszego pierwszego spotkania. Natomiast doskonale pamiętam moment naszego rozstania. Ale zacznijmy od początku…

Być może prawdą jest, że Vuko był przy moich narodzinach. Być może prawdą jest, że obserwował moje dzieciństwo. Być może to moja wina, że zniknął. W końcu sam przyznał, że liczył na bardziej pojętnego ucznia. Myślę wręcz, że fakty wsparł postrzeganiem świata wilczym_okiem, które jak wiemy jest niezwykle wybujałe. Jednak to wszystko jest nieważne…

Ważne jest to, że dobrze pamiętam moment w którym odszedł. Zdecydowanie miał rację mówiąc, że jako dziecko byłem niepokorny i testowałem na sobie, jak działa świat. Wciąż potrzebowałem nowych bodźców, co prawdę mówiąc w późniejszych latach przerodziło się w nałóg, który pielęgnuję każdego dnia. Jaką miałem receptę na udaną zabawę? Jeżeli był pomysł, to od razu go realizowałem – działaliśmy. W trakcie powstawał plan, a o konsekwencjach nikt nie myślał. Po wszystkim zazwyczaj do mojej głowy dobijało się mnóstwo złotych myśli typu: 100 sposobów, jak można było tego uniknąć.

Rodzice zaszczepili we mnie ideę zdobywania doświadczenia – bawienia się życiem. Za co zawsze będę im wdzięczny. Nigdy nikt mnie do niczego nie zmuszał. Zawsze miałem wybór. Znajomi śmiali się, że mam w domu magiczny specyfik, który łagodzi wszystkie niepowodzenia. Ojciec zawsze powtarzał, że jedyne za czym mogę się chować to garda (może stąd moje zamiłowanie do sztuk walki?), a matka od razu dopowiadała, żebym pamiętał, że to ostateczny środek. Chciała, żebym nauczył się rozmawiać z ludźmi.

I tak Młody (przyjmijmy nomenklaturę mistrza) zwiedzał na swój sposób miejską dżunglę. Zawsze działo się tak, że w momencie, gdy moja lina bezpieczeństwa pękała i kostucha wyciągała ku mnie swoją piękną dłoń. Ktoś stawał między nami i sprzeciwiał się jej woli. Patrząc wstecz, dziwię się, że jeszcze chodzę po tym świecie o własnych siłach.

Nigdy nie byłem zbyt religijny. Wszystkie te opowieści wydawały mi się średniej klasy książką fantasy, a że dużo czytałem to widziałem mnóstwo zapożyczeń od innych autorów z pozostałych zakątków świata. Nie wpasowali się w mój kanon, poza jednym wyjątkiem – aniołami. Zawsze chciałem móc porozmawiać z jednym ze skrzydlatych. Chociaż wyobrażam sobie tę rozmowę przy szklaneczce whisky w obskurnym pubie, gdzie mój koleżka ubrany w skórzaną kurtkę, rzuca przekleństwami krytykując moje życie. Ma mnóstwo bitewnych blizn, a za pasem na lędźwiach spoczywa jego narzeczona, beretta. Nigdy nie przemawiał do mnie motyw chłopca z kręconymi blond włosami, w białej szacie ze skrzydłami, unoszący ręce do góry i śpiewający hymny pochwalne dla sami wiecie kogo. Nie chcę tym nikogo urazić, przedstawiam jedynie moje wyobrażenie stróża.

Odszedłem odrobinę od tematu, a ty mój drogi czytelniku, albo już zasnąłeś, albo zamknąłeś stronę. Nagroda jednak czeka dla najbardziej wytrwałych, więc ring, ring – pobudka! Był to 14 rok mego życia. Zmiana szkoły, zmiana zachowania, podporządkowanie się nowym regułom świata. Wiem, że wtedy mój anioł przestał mnie doglądać i wiem też, że to właśnie wtedy Vuko opuścił mój świat. Nie wiem czego ode mnie oczekiwał. Odszedł bez pożegnania, bez wyjaśnień, przez co zrobił sobie we mnie wroga. Szukałem go bardzo długo. Czasem miałem wrażenie, że jestem niezwykle blisko odkrycia sposobu nawiązania kontaktu, lecz zawsze wszystko zamieniało się w pył. W końcu jednak spotkaliście się ponownie – powiesz. I masz całkowitą rację. Z tym, że Vuko wybrał najgorszy dzień z możliwych.

Pamiętam go jak dziś i długo nie zapomnę. Złe wieści z domu, przyjaciel popadł w ogromne tarapaty, popełniłem tego dnia mnóstwo poważnych błędów. Humor i motywacja sięgnęły poziomu rowu mariańskiego. Jedyne o czym marzyłem, wsiadając do tramwaju to natychmiastowa teleportacja do mojego pokoju, gdzie będę mógł zasnąć i skończę, ten pożal się boże dzień. Niezmienna trasa wyzwala u pasażerów chęć obserwowania mijanego świata. Nie inaczej jest ze mną. Lubię obserwować, bawię się historyjkami w mojej głowie. Tworzę historię na bieżąco (co okazało się ogromny atutem dla Vuko, dlatego zostałem jego kolekcjonerem wspomnień). Szczególnie lubię obserwować spodek i centrum kongresowe, oko miasta ma w sobie to coś. W czasie zimowych miesięcy na środku pojawia się koksownik, który chcąc nie chcąc zwraca uwagę każdego przechodnia. Zaprasza na chwilę odpoczynku w przyjemnym ciepełku. A gdy się ogrzejesz możesz wrócić do swoich spraw

Bezdomny, bo za takiego go wziąłem, nie odznaczał się niczym szczególnym na opisywanym obrazku. Dopiero, gdy się odwrócił, spowodował, że we mnie zawrzało. Trafił w najgorszy z możliwych momentów. Doskonale rozpoznałem malachitowy odcień źrenic. Szybko połączyłem fakty. Odjeżdżając z przystanku wciąż patrzyłem, jak bezczelnie mnie obserwuje. Do domu wszedłem jeszcze bardziej zmęczony i poddenerwowany. Byłem jednocześnie zły i szczęśliwy. Mój opiekun wrócił, co oznaczało, że dojrzałem do jego treningu.

Gdy rano się obudziłem, na stole leżała kartka ze współrzędnymi. Doskonale wiedziałem od kogo.

To twój wybór – powiedziałem do siebie. Gra się rozpoczęła. Załączyłem komputer, wstukałem dane i udałem się na spotkanie. Musiałem biegnąć,  bo wiedziałem, że nie będzie na mnie czekał. Nienawidzi, jak ktoś się spóźnia.

By   -   Maj 31, 2017   -   1 Comment
YOU MIGHT ALSO LIKE
1 Comment
  1. Marzena
    13/06/2017

    Opowiadania, czy w ogóle książki to zupełnie inny świat, niż ten w, którym żyjemy. Niemniej muszę powiedzieć, że świetnie piszesz i nie ma się do czego przyczepić (w przeciwieństwie do niektórych innych piszących). Życzę powodzenia i oby tak dalej!:)

Odpowiedz