Konsekwencje

szczyt marzeń
Wszędzie leżały naprędce skopane męskie buty. Nie było żadnych śladów…
– Kim jest ta dziewczyna? I dlaczego uciekli w takim pośpiechu? – Pomyślałem. Napotkany widok nie napawał mnie optymizmem, zrobiło się nieprzyjemnie. Miałem tu jednak sprawę do załatwienia i bez względu na okoliczności, ruszyłem w górę zostawiając za sobą porozrzucane buty.

Kraina wygasłych wulkanów przywitała mnie postapokaliptycznym krajobrazem. Suche pola, na wpół żywe rośliny i brak zwierzyny, nie licząc mrówek i denerwujących much. Z otaczających wierzchołków wydobywał się siwy, ciężki dym, a moje ubranie już dawno przesiąknęło siarką. Na przełęczy widok rozpościerał się na wioskę i okoliczne wierzchołki, jednak przez wydobywające się opary widoczność była tragiczna.

Siwe pola zamieniłem na usychający las. Było kilkanaście minut po wschodzie słońca. Miałem pewność, że jestem samotnym wilkiem na szlaku. Nic bardziej mylnego! Trasa skręciła delikatnie w prawo, a z dołu zaczęły docierać do mnie dziwne dźwięki sapania na przemian z odgłosem rozłupywania kamieni. Zaciekawiony zboczyłem ze szlaku i zszedłem stokiem w dół.

Kilka metrów niżej odkryłem wejście do niewielkiej jaskini. Wiedziony wrodzoną ciekawością oraz hałasem wydobywającym się z wnętrza groty, postanowiłem wejść do środka. Spotkałem w niej kilku mężczyzn o zmęczonych twarzach i brudnych, oblepionych potem koszulach. Rozłupywali kamienie, wśród których od razu rozpoznałem agaty, jaspisy i azuryty. Byłem dla nich niewidzialny, więc zawróciłem do góry. Nie wiedziałem co o tym sądzić. Cała sytuacja była co najmniej dziwna, a potęgował ją fakt, że wszyscy chodzili boso…

Przez dalszą drogę w głowie widniał mi obraz bosych mężczyzn pracujących pod silnym urokiem. Przed samym szczytem spotkałem kolejnych niewolników, którzy obrabiali wydobyte głazy w piękne kamienie szlachetne. Podszedłem do jednego z nich i sięgnąłem ręką po nieobrobiony chryzolit. W ostatniej chwili, siedzący przede mną wycieńczony chłop z niezwykłą zręcznością i siłą złapał mnie za rękę. Spojrzał na mnie załzawionymi oczami i pokiwał jedynie przecząco głową.

– O co tu chodzi? – Zamarłem z niedowierzania. Niewolnik puścił moją rękę i wskazał drogę na szczyt, który był ukryty pośród gęstych zarośli. Ruszyłem w miejsce wskazywane przez pokaleczone palce. Nie miałem siły odwrócić się, by jeszcze raz spojrzeć na tego biedaka.

Przedarłem się przez płot utworzony z gąszczu suchych krzaków. Na kamiennym tronie siedziała dwudziestoparoletnia dziewczyna. Ubrana była jak traper. Górskie buty, bojówki, sakiewka ze skóry zająca i żyłka przewieszona przez bark zdawały się mówić, że niewiele może ją zaskoczyć. Właśnie kończyła skręcać kawałek papieru, który miał jej posłużyć za bibułkę papierosa. Odpaliła go i zaciągnęła się głęboko. Na moment jej piękna twarz zniknęła za obłokiem palonego tytoniu.

– Nie potrafisz czytać znaków, co? – Popatrzyła na mnie żółtymi oczyma. – Matka wspomniała, że przybędziesz, więc rób co masz zrobić i spadaj. Mam mnóstwo roboty.

– Co im zrobiłaś? – Odważyłem się zapytać.

– Co ja im zrobiłam?! – Wstała z tronu i podeszła tak blisko, że czułem jej oddech na twarzy. – Przyszli tu i bezkarnie zaczęli mnie okradać, rozumiesz? Odważyli się mnie okraść! Musiałam działać. – Spojrzała za siebie na pokurczonych mężczyzn. – Zasłużyli na to. – dodała już spokojniej. – Jaką byłabym matką, gdybym nie broniła swoich dzieci? – Mówiąc to wskazała stosy przepięknych kamieni leżących obok jej tronu. – Nie martw się. -Wypuszczę ich jak tylko odpracują karę. – W jej głosie wyczułem ironię.

Coś mi mówiło, że będą odpracowywać to przez całe życie. Nie miałem jednak na to wpływu. Nie igra się z pradawnymi mocami. Uklęknąłem przed nią podziękowałem za tą cenną lekcję oraz poprosiłem o spokojne zejście. Włożyła rękę do kieszeni i położyła mi na dłoni ametyst.

– Obiecuję, że nie spotka Cię nic złego w drodze powrotnej. Tylko go nie zgub! – Pogroziła mi palcem, uśmiechnęła się i usiadła na tronie. Odprawiła mnie ręką, jakby odganiała natrętnego komara i pożegnała słowami:

– Musisz już iść. Zostało Ci przecież tylko 358 dni… – W jej głosie wyczułem groźbę.

Droga powrotna wedle jej obietnicy nie przyniosła żadnych niespodzianek. Wsiadłem do wehikułu i opuściłem krainę wygasłych wulkanów.

Skopiec, 724 m, Góry Kaczawskie

By   -   Cze 15, 2017   -   0 Comment
YOU MIGHT ALSO LIKE

Odpowiedz