Rekrucie! Gotowy na wyprawę z Vuko!?

wspomnienia
Panował totalny chaos. Przyszli rekruci nie mieli bladego pojęcia, co może im się przydać w trakcie szkolenia. Zabiegane matki i ojcowie chcieli dać im wszystko, a przede wszystkim więcej niż mieli ich koledzy i koleżanki. Całej sytuacji przyglądał się jeden z członków Korpusu. Obok jego nogi stał zapakowany średniej wielkości plecak…

– Witam wszystkich zgromadzonych rekrutów i ich opiekunów. – Podszedł do grupki potencjalnych wychowanków. – Nazywam się Vuko Valgo i będę instruktorem zgromadzonych tu rekrutów przez najbliższy miesiąc w trakcie wyprawy po Kien-Gir. Zaręczam, że większość tych rzeczy nie będzie wam potrzebna. – Zmierzył każdego uczestnika wzrokiem dając im do zrozumienia, że wszyscy popełnili błąd.

Nie mógł cofnąć rzuconych słów, a ja podszedłem bliżej wiedząc co za chwilę będzie miało miejsce.

Pierwszy z szeregu wystąpił barczysty mężczyzna i zwrócił się podniesionym tonem do Vuko. – Chce mi pan powiedzieć, że nie potrafię spakować dziecka!?

– Tak jest. – Vuko odpowiedział patrząc osiłkowi prosto w oczy.

Poleje się krew – pomyślałem.

Twarz mężczyzny w mig przybrała purpurowy kolor. Jednak coś go zatrzymało. Być może była to pewna postawa opiekuna, a może historie i legendy krążące o jego przygodach. W każdym razie gość wrócił do szeregu i już grzeczniejszym, aczkolwiek wciąż kąśliwym tonem spytał.

– Co w takim razie szanowny pan proponuje?

Vuko odłożył kartę z listą obecności i westchnął ciężko. – Na początek wszystko wyrzucić przed plecaki. – Pozwolą państwo. – Sięgnął do swojego plecaka i zaczął go wypakowywać.

Niejednemu sceptykowi zabrakło języka w gębie, gdy okazało się, że w plecaku znajduje się nie mniej i nie więcej, tylko odpowiednia ilość ubrań. Naprawdę nie można było się do niczego przyczepić. Część osób bacznie przyglądając się zestawowi zabrała niepotrzebne „artefakty” przyszłym rekrutom. Vuko jednak, jak przystało na profesjonalnego instruktora sam dokonał rewizji każdego pakunku i obserwując jego właściciela dokonywał większych lub mniejszych poprawek. Generalnie odchudził każdego.

Pierwsza lekcja jakże cenna zarówno dla starszych, jak i młodszych była za nami. Spakowani uczestnicy posłusznie czekali na dalsze dyrektywy. Starsi natomiast wyczuli, że to najwyższy czas na zadawanie pytań, które posypały się jak na standardowej konferencji prasowej. Vuko przeczekał spokojnie przekrzykujących się rodziców i gdy gwar ustał, powiedział jak zawsze spokojnym tonem, że ich obawy są bezpodstawne. Każdy z instruktorów, który będzie brał udział w szkoleniu przebył ten program setki razy i należy do elity korpusu. Są w stanie poświęcić własne dobro, a jak będzie trzeba i życie, aby każdy wrócił tu cały i zdrowy.

Było to dla mnie niezwykłe uczucie. Słuchając go nie byłem w stanie mu zaprzeczyć, czy się przeciwstawić. Każde jego słowo było wyważone, przemyślane i w punkt trafiało każdą wątpliwość uspakajając nadgorliwych i utwierdzając w decyzji tych, którzy mieli już z nim do czynienia, że dokonali dobrego wyboru.

– Jeżeli nie ma więcej pytań to pozwolą państwo, że zabiorę gawiedź na najlepszą przygodę ich życia. i mam prośbę, proszę dać im spokój przez te dwa tygodnie. Mają skupić się na zadaniach, a nie rodzicach. – Skinął głową dając znak, że skończył dyskusję.

I nie podzielił się z nikim wiedzą, że ledwie 1/3 z nich przejdzie trudy szkolenia i w całości ukończy tę morderczą lekcję życia…

Gdy opiekunowie odeszli, a nieuporządkowana zgraja wybrańców ustawiła się pod apel, Vuko stanął naprzeciwko i zwrócił się do nich złowrogim szeptem.

– Zasada numer jeden. Nie jestem waszym panem, nie jestem też waszym ojcem. Jestem liderem, ponieważ posiadam największe doświadczenie i umiejętności. Nasz korpus działa jak wataha, aby odebrać mi przywództwo, musicie udowodnić przed wszystkimi, że na to zasługujecie. Darzymy się szacunkiem, jego brak w stronę kogokolwiek oznacza natychmiastowe usunięcie ze stada. – Jego spokojne, niebieskie tęczówki nagle przybrały czerwonego koloru, a gałki oczne poruszały się nieustannie lustrując otoczenie.

– Wystarczy tego wstępu. – Uspokoił się w jednej chwili. Prawo zwrot! – Krzyknął. Prawa, prawa, prawa… – Wymaszerowali w oddali zostawiając zapłakane matki i dumnych ojców.

Dogoniłem go z przodu i zadałem mu pytanie, które nurtowało mnie przez cały dzień.

– Vuko, jak wiele osób podważyło twój autorytet?

– Wiesz co, zawsze znajdzie się ktoś, kto będzie chciał cię sprawdzić. – Odpowiedział spokojnie.

– I co się z nimi stało?

– Odpoczywają w Elizjum. – Jego słowa zabrzmiały tak beztrosko, że aż się zatrzymałem z wrażenia. Nie byłem do końca pewny, czy aby na pewno żartuje…

By   -   Sie 19, 2017   -   2 komentarze
YOU MIGHT ALSO LIKE
2 komentarze
  1. Natalia Jaranowska
    20/08/2017

    Z Vuko czy bez, na wyprawę zawsze jestem gotowa!

  2. Aneta
    20/08/2017

    ciekawa historia 🙂

Odpowiedz