Spotkanie

prolog

Po raz pierwszy spotkałem go jakieś ćwierć wieku temu w pewnej, przygranicznej mieścinie. Byłem akurat w okolicy, gdzie zbierałem siły po trudach ostatniej wyprawy. Wędrowałem po kotlinie, leżałem wśród zdziczałych źdźbeł traw i podjadałem owoce z okolicznych sadów…

Słońce dokazywało niemiłosiernie, toteż okna w lazarecie były pootwierane na oścież. Młody krzyczał jakby obdzierano go ze skóry. Gdy wszedłem do sali, zamilkł na sekundę, spojrzał na mnie i wydarł się jeszcze głośniej. Grunt to zrobić dobre wrażenie.

– Co Pan tu robi?! Proszę stąd natychmiast wyjść! – Pielęgniarka zmusiła mnie do opuszczenia szpitalnej sali, wymachując energicznie przed oczyma grubiutkimi rączkami. Nie zamierzałem z nią walczyć. Wyszedłem na dwór, usiadłem na ławce w parku i uniosłem do góry głowę. Poczułem satysfakcję, moja wytrwałość i upór zostały w końcu nagrodzone. Odnalazłem swojego ucznia, przynajmniej tak mi się wtedy wydawało.

Obserwowałem go przez całe dzieciństwo. Jego eden mieścił się na czwartym piętrze kamieniczki w raciborskim podgrodziu. Rezydentem była starsza, bardzo miła Pani, która miała rękę do dzieci – podczas jej warty mogły robić, co żywnie im się podobało, z wejściem na głowę na czele. Rodzice za każdym razem, gdy odbierali księcia słyszeli wypowiadane z szerokim uśmiechem słowa:

Był grzeczny jak aniołek, nie sprawiał żadnych kłopotów…

Z czasem moja motywacja osłabła. Doglądałem poczynania Młodego, który, muszę przyznać, radził sobie całkiem nieźle. Jednak nie wykazywał żadnych z pożądanych przeze mnie cech i umiejętności. Jego talent był wciąż uśpiony. Odpuściłem… Zniknąłem równie nagle, jak się pojawiłem i obiecałem sobie, że nigdy więcej nie będę tak naiwny.

Lecz dzisiaj spotkaliśmy się ponownie. Siedziałem spokojnie przy żelaznym ognisku. Co kilka minut podjeżdżał metalowy wąż, który zniewolony przez ludzi słuchał ich woli i codziennie o tej samej porze transportował ich z jednego miejsca w drugie. Gdy jeden z nich się zatrzymał, ujrzałem stojącego przy szybie chłopaka. On również się we mnie wpatrywał. Jego młode, błękitne oczy spotkały na swej drodze mój doświadczony malachit. Był na coś wściekły, prześwietlił mnie wzrokiem i na moment się zawahał. Mógł zadawać sobie tylko jedno pytanie Gdzieś już tę gębę widziałem, tylko gdzie? Nie chciałem namieszać mu w głowie, dlatego wysłałem jedynie impuls do jego podświadomości. Tego wieczoru po raz pierwszy wypowiedział na głos moje imię.

By   -   Maj 31, 2017   -   0 Comment
YOU MIGHT ALSO LIKE

Odpowiedz