Vitam v moim śviecie

wspomnienia

Przygoda, którą chciałbym Wam przedstawić, jest niezwykle zawiła i posiada wiele wątków. Postanowiłem tedy rozbić ją na kilka mniejszych opowiadań. Mam nadzieję, że dzięki temu zabiegowi nikt nie zgubi tropu i dotrze wraz ze mną do szczęśliwego zakończenia, które niewątpliwie nastąpi. Pierwsza część poniekąd została przedstawiona w poprzednim wpisie.

Natomiast opisywana sytuacja, miała miejsce dwa tygodnie temu…

Pewnym krokiem pokonywaliśmy kolejne metry wąskiej uliczki. Diabelnie szybkie tempo, narzucone przez samotnego wilka sprawiło, że płuca chciały za wszelką cenę wyrwać się zamkniętej klatki. Nocną ciszę co chwilę przerywał dźwięk szorujących po śniegu kół walizki. Nie pytałem go, dokąd idziemy. Wiedziałem doskonale, że i tak mi nie odpowie.

Zatrzymał się tak nagle, że ledwo udało mi się wyhamować. Spojrzał na mnie i w pośpiechu powiedział jednym tchem. – Musimy się tu rozstać. Bądź jutro pod tym adresem dokładnie o 10:18, – wcisnął mi skrawek papieru i kontynuował. – Przenocować możesz w przydrożnej tawernie „Mahoniowy stół”. Gospodarz się ciebie spodziewa, więc lepiej żebyś skierował się bezpośrednio do tego miejsca. – Wyciągnął mechaniczny zegarek, gwizdnął przeciągle i odszedł bez pożegnania, zostawiając mnie samego na pustej ulicy w obcym mieście.

W pokoju tawerny sprawdziłem na busoli, ile zajmie mi podróż pod wskazany przez Vuko adres. Dodałem do tego 15 minut w związku z targanym za sobą bagażem i warunkami atmosferycznymi, które mogły zaskoczyć nawet drogowców. Okazało się, że muszę wyjść praktycznie od razu. Na miejscu sprawdziłem adres – kilkakrotnie. Niestety wszystko wskazywało na to, że tym razem moja busola się nie pomyliła. Stałem naprzeciwko wejścia do opuszczonej fabryki włókienniczej.
– To są chyba jakieś jaja! – zaśmiałem się pod nosem.
Nie żebym się bał, ale wszyscy dobrze wiemy, jak się kończą wyprawy do opuszczonych budynków. Jednak mimo obiekcji, pchany dziecięcą ciekawością, otworzyłem kłódkę zawieszoną na drzwiach i wszedłem do środka.

Na końcu hali stało kilka postaci. Wszyscy ubrani byli na wzór mody panującej w zeszłej epoce. Długie skórzane buty, zapinane na grube, metalowe klamry. Koszule z długim rękawem, a na nich zamszowe kamizelki. Do tego każdy z nich posiadał kilka dodatków. Dwoje z nich nosiło skórzane płaszcze sięgające do kolan. Można było pokusić się o stwierdzenie, że wyglądali modnie. Wpatrywali się we mnie, dając do zrozumienia, że czekają, aż podejdę. Gdy zrobiłem pierwszy krok w ich stronę, jeden z nich wyszedł mi na przeciw. Gdzieś już widziałem ten sposób poruszania się. Tak, bez wątpienia był to Vuko.

– Na pewno nikt cię nie śledził? – zadał mi pytanie na dzień dobry.
– Jestem pewny, że nie – odpowiedziałem spokojnie. – Postępowałem według twoich wskazówek.

– Zostaliśmy powołani na Profesorów Szkoły Czarodziejów w krainie Queverton. – Wytłumaczył wskazując jednocześnie na stojące za nami osoby. – Pomyślałem sobie, że skoro tak chętnie pomogłeś mi odnaleźć się w twoim świecie, to ja wprowadzę cię do mojej krainy. Jednak ostrzegam Cię, podróż ta na zawsze odmieni twoje życie. – Wpatrywałem się w niego oniemiały z szeroko otwartą buzią. Wszystko brzmiało jak sen.

– To jak? Idziemy?

Kiwnąłem głową, zgadzając się. Podszedłem do stojącego na środku siedziska i słuchałem dalszych instrukcji.

– Załóż na głowę odsiewacz myśli. Dzięki temu będziesz mógł wejść i uczestniczyć w naszym świecie. – Niski facet przypominający gnoma, wręczył mi do ręki kosmiczny hełm. Podczas, gdy Vuko opowiadał o zasadach podróży, kolejne osoby majstrowały przy skomplikowanej aparaturze. Nawet nie wiedziałem kiedy wkłuli mi się w rękę i wprowadzili sondy monitorujące na bieżąco mój stan. Czułem się jak Neo wchodzący do Matrixa. Światełka migotały, jak w kokpicie kapitana samolotu. Zebrani utworzyli krąg wokół mnie, wznieśli ręce do góry i zaczęli wypowiadać coraz szybciej skomplikowaną formułę zaklęcia, tzn. tak mi się wydawało. No bo co innego mogło to być?

Nagle oczy zalał mi czerwony kolor, świat zawirował, a światło zaczęło mrugać jak dogorywająca jarzeniówka. Mimowolnie zamknąłem powieki. Minęło kilka chwil, zanim zdobyłem się na odwagę, by je ponownie otworzyć. Opuszczona fabryka zniknęła, a ja nie znajdowałem się już w Łodzi. Przede mną stał najprawdziwszy zamek, wokół krzątała się służba i strażnicy. Vuko pojawił się jak zwykle znikąd. Klepnął mnie w ramię, przejechał rozmarzonym wzrokiem po budowli i rzekł – nie ma to jak w domu, co? Witaj w stolicy mej krainy, Lamma Ar.

– Chodź, przedstawię Cię reszcie. Nie mogą się Ciebie doczekać…

By   -   Maj 31, 2017   -   0 Comment
YOU MIGHT ALSO LIKE

Odpowiedz